Ostatnio dowiedziałem sie, że homo-warszawiak-z-urodzenia, czyli w zasadzie ja, nasuwa negatywne skojarzenia z lansem. A więc ogłaszam, że nie odstaję od tego stereotypu ani o krok. Lansuję się codziennie, rano, przed lustrem myjąc zęby i mrucząc Manic Monday. Zawsze się zacinam przy „Cause then I guess I just won’t get paid”. I nikt, na prawdę nikt nie docenia moich starań. Łącznie kotką, która umie otwierać drzwi do łazienki, i czasem wskakuje na pralkę i patrzy się na mnie jak na idiotę. A to po prostu miętowy aromat i wyciąg z czegoś tam uruchamia we mnie pokłady muzykalności. Czasami również zdarza mi się nucić Edwina Collinsa, ale do tego już jest potrzebne poczucie rytmu.
Uwielbiam ten moment przed każdymi „rodzinnymi” świętami, gdy domownicy zdają sobie sprawę, że i tak nie zdąży sie ze wszystkim i po kilku mniejszych lub większych spięciach zwalniają obroty. Znajdują czas na wspólne obejrzenie ulubionego odcinka serialu, którego tytuł wstydziz się wymówić przy znajomych (nie to nie jest ani „Magda M.” ani inny polski serial na szczęście), czy wypicie herbaty. Na prawdę, to zbliża bardziej niż symultaniczne krojenie składnikó do sałatki, ewentualnie trzepanie dywanów na czas.
are you living your life to the limit?