it’s a primetime baby not a re-run

Ostatnio dowiedziałem sie, że homo-warszawiak-z-urodzenia, czyli w zasadzie ja, nasuwa negatywne skojarzenia z lansem. A więc ogłaszam, że nie odstaję od tego stereotypu ani o krok. Lansuję się codziennie, rano, przed lustrem myjąc zęby i mrucząc Manic Monday. Zawsze się zacinam przy „Cause then I guess I just won’t get paid”. I nikt, na prawdę nikt nie docenia moich starań. Łącznie kotką, która umie otwierać drzwi do łazienki, i czasem wskakuje na pralkę i patrzy się na mnie jak na idiotę. A to po prostu miętowy aromat i wyciąg z czegoś tam uruchamia we mnie pokłady muzykalności. Czasami również zdarza mi się nucić Edwina Collinsa, ale do tego już jest potrzebne poczucie rytmu.

 Uwielbiam ten moment przed każdymi „rodzinnymi” świętami, gdy domownicy zdają sobie sprawę, że i tak nie zdąży sie ze wszystkim i po kilku mniejszych lub większych spięciach zwalniają obroty. Znajdują czas na wspólne obejrzenie ulubionego odcinka serialu, którego tytuł wstydziz się wymówić przy znajomych (nie to nie jest ani „Magda M.” ani inny polski serial na szczęście), czy wypicie herbaty. Na prawdę, to zbliża bardziej niż symultaniczne krojenie składnikó do sałatki, ewentualnie trzepanie dywanów na czas.

are you living your life to the limit? 

I know what boys like, I know what guys want

Triumfalnie powracam po perypetiach łóżkowych w MSWiA, gdzie wpadłem na Ryszarda Kalisza.

Coś co miało miejsce dzisiaj w przerwie między zbieraniem fragmentów życia do jednej bieliźniarki:

Olek: Czy mogę poprosić o twój numer.
Me:Jasne.
O: (trochę do mnie trochę do siebie) Prosić zawsze można
M: XXX-XXX-XXX
O: Bo wiesz prosiła mnie o niego taka ładna blondynka.
M: (sztucznie) Ha Ha
O: (całkiem poważnie) Czemu ty mi nie ufasz?
Fraking shit, trafił w sedno! Czemu nie ufam?

things would happen but not to me

Wczoraj, aby zabić czas zanim W. wróci ze swoich zimowych wakacji ze swoim soon-to-be-ex chłopakiem, poszedłem na basen. Jest to o wiele przyejmniejsze kiedy mogę sam sobie wybrać dzień, pływalnię i godzinę, niż gdy decyduje za mnie uniwerek. Wybrałem się na Polną, gdzie ku mojemu zaskoczeniu ustawili stojak na rowery „monitorowany, niestrzeżony”. Będę mógł to wykorzystać wakacje. Wyobrażacie sobie ten wzrost stężenia endorfin gdy po 10 kilometrach na rowerze wskoczy sie na godzinkę na basen a potem ponownie 10 do domu?

Chodziliśmy na ten basen w liceum i wtedy o 7 rano szczerze go nienawidziłem. W. oczywiście miała zwolnienie. Z zajęć na sali zresztą również, a szkoda bo co jak co, ale serwis w siatkówce wychodzi mi znakomicie. No dobrze znakomicie może nie, ale lepiej niż zadowalająco.

Na miejscu okazało się, że nic się nie zmeniło. Ta sama pani szatniarka, ta sama pani kasjerka, i tak samo długo musiałem czekać, aż panie przestaną plotkować i zabiorą się do wykonywania swoich obowiązków. Tylko w holu więcej telewizorów zawiesili, z Eurosportem. Zupełnie nie rozumiem po co. Przed wejściem do przebieralni miła Rosjanka w średnim wieku spytała się, czy mogę w razie czego pomóc jej synkowi. Maskym miał na imię i nie rozumiał nic, z tego co do niego mówiłem i żadnej pomocy nie potrzebował tylko krzyczał coś przez ścianę do matki.

Jak człowiek jest szczęśliwy to zapomina o swoich ułomnościach i tak było ze mną oczywiście. Zapomniałem, że bez okularów tudzież soczewek kontaktowych nic nie widzę i oczywiście wybrałem tor jaknajodleglejszy od zegara, aby nikt mi nie przeszkadzał . To musiałby dość zabawne, gdy co jakiś czas przystawałem (o ile można to tak określić) w połowie toru i wytężałem wzrok w kierunku, w którym wydawało mi się, że zegar powinien się znajdować.

Mój dobry nastrój ultonił się gdzieś w kosmos (czego namięntnie nie chce zrobić produkowany przez nas dwutlenek węgla), gdy przyszło do brania prysznica post-chlorowego. Okazało się, że tak jak do tej pory wydawało mi się, że mam dość silny żołądek, tak wystarczy dwóch dziadków by mnie doszczętnie załatwić. Nie chcecie wiedzieć co robią panowie w starszym wieku pod prysznicem. To było przerażające. Dobrze, że Maksym tego nie widział, bo to by zniszczyło jego psychikę.

Bo w tłusty czwartek chadzamy na basen, a nie na pączki! Joł. (zawsze, zawsze chciałem napisać joł!) Ha.!

I tried to be chill but you’re so hot that I melted

Nigdy nie należałem do tych, którzy oglądają się za każdym zgrabnym tyłkiem w polu widzenia (rażenia). Mam kilka innych, ważniejszych na głowie spraw niż ślinienie się na widok przystojnego chłopaka. Ale wczoraj było inaczej, kiedy spojrzałem znad „Księgi Listów PRL” okazało się, że na przeciko mnie usiadła słowiańska wersja Toma Wellinga. Tylko bardziej idealna.

Miał zamyślony wyraz twarzy i silne dłonie wyglądające z rękawów skrzącego się rozpuszczonym śniegiem płaszcza. Rodem z jakiegoś tandetnego amerykańskiego daily soap. Eh… Niestety życie to nie „Klan”.

If we never get down it wouldn’t be a let down

Wysyłam smsy w próżnię. Tak, chyba mogę nazwać się natrętem  w tym wypadku. Ale tak już jest, kiedy chcę wykorzystać daną mi szansę. A jako, że jestem raczej ugodowym geek’iem, to o szansy nie walczę, raczej je od losu wytargowuję oddając w zamian różne cenne książki, zapominając komu je pożyczyłem. Gdzieś wsiąkły „Pocałunki na Manhattanie” (nie mogę przetrwać miesiąca jeśli nie przeczytam „Talking it all to Otis”) i Stasiuka, którego odkryłem na długo przed kapitułą Nike. Na szczęście mogę o nich na chwilę zapomnieć, gdyż wyszperałem z osiedlowej biblioteki Viriginię Woolf (pani bibliotekarka dziwnie się na mnie spojrzała, chociaż mogłem to sobie przywidzieć tylko). A i napiszę tutaj, bo inaczej zapomnę, że musze pojechać do wypożyczalni na Bytnara, bo z chęcią bym przeczytał Dorothy Parker w oryginale, ewentualnie pamiętniki Churchila.

Niestety nie mogę zapisać przypomnienia w komórce, bo to w przypadku mojej osoby głębszego sensu nie ma. Operuję telefonem z wyłączonym głosem i potem okazuje się, że szukam go cały dzień i nawet nie mogę go zlokalizować dzwoniąc z innego aparatu.  To po co mi telefon? Zapisuję w nim śmiesznostki, które później (być może) wykorzystam w mojej książce. Chcecie przykład? Oto on: „Siostra Glad i starszy pali z Kościoła Jezusa Chrsytusa”. Jechali ze mną metrem w tym samym wagonie. Kimkolwiek ten starszy pali jest, nie miał na pewno więcej niz 25 lat.

My worth is not determined by the price of my clothes

No cóż, zwykle jestem pragmatyczny, zorganizowany i zdeterminowany. W każdym razie osobom postronnym mogę się takim wydwać. Niestety w ten weekend dopadła mnie rozlazłość psycho-somatyczna a na dodatek również ta fizyczna. Wszystko sprowadza się do tego, że moja stopa (po namiętnym obcowaniu z rozpędzoną mini-koparką – tymczasową mieszkanką Krakowskiego) stała się raczej bezkształtna i według pewnej marginalnej gazetki niemieckiej przypomina wprost idealnie polski kartofel.

Nie przejmując się wypadkiem, dzielnie kuśtykałem by odebrać dywan z pralni wyprzedzany przez wszystkie sąsiadki (te wiekowe również) i sąsiadów. A niech się dziadek cieszy, że wyprzedza mnie z pomocą trzeciej nogi.

Już niedługo Święta, świadczy o tym nadmierna dawka Hłamu z „Last Christmas” na czele. Fuj.

I never loved nobody fully…

…Always one foot on the ground
And by protecting my heart truly

A., poinformował mnie smsowo, że „trudno mnie rozszyfrować”. Ja z wrodzoną sobie błyskotliwością wystepujacą, kiedy nie patrzę rozmówcy w oczy odpisałem, że swiat byłby nudny gdyby ludzie byli monopłaszczyznow. Z ostatniego wyrazu byłem szczególnie dumny, pomimo tego, iż jego siła rażenia nie była tak duża, z powodu poszatkowania na wyświetlaczu. (Ile trzeba mieć pixeli, aby telefon nie sylabizował?).

Ostatnio M. rozpłakała się na wykładzie. A ja niby ten „oversensitive” zupełnie nie wiedziałem, co zrobić. Wiele mam już za sobą, i chociaż, niestety rzadko się uczę na własnych błędach, to wiem, że łzy są upokarzające i krempujące. Ale te jej biedne czerwieniejące oczy. A więc starałem się być podbudowywujący i ciepły pomimo przejmującego przeciągu. Wykorzystałem na to wszystkie zapasy cukrów prostych krążących w moim krwioobiegu chyba. Tak, łzy są krępujące, ale najgorsze są w samotności.

and I don’t know if I’ve ever been really loved …

…by hand that’s touched me.

Nie wiem, co mnie podkusiło, aby założyć sobie profil na jednym z branżowych portali. Wróć. W zasadzie to wiem, po pierwsze byłem zdesperowany przytłaczającą samotnością i odurzony gorączką grypową. Po wtóre, nigdy nie miałem serca do szwędania się po klubach, w których anorektyczni prawie-panowie zataczają skomplikowane łuki dłońmi.

Dzisiaj rano byłem w kinie. Zawsze wybieram wczesne seanse. Nikt mi nie siorbie nad głową, nie znajduję popcornu we włosach (przypomniał mi się właśnie teledysk do „Heartbreaker”). Tylko ten moment, kiedy wszyscy sparowani wychodzą z sali, a ja jeden nie.

my head is a box full of nothing…

…and that’s the way i like it.

Pisanie bloga jest jak codzienna jazda metrem. Niby taki sam rytuał, jak każda kolejna piosenka Bena Lee, stwarzający poczucie bezpieczeństwa. A jednak za każdym razem jest inaczej. Jak wyokularowana kobieta z jabłkiem w ustach siedząca naprzeciwko, przychodzi Ci do głowy jakieś słowo, którego nigdy wcześniej nie wyobrażałeś sobie w tym kontekście.

Dzisiaj jechałem metrem, rozmazany gdzieś pomiędzy Wilanowską a Wierzbnem jak na reklamówce TVN 24 i poczułem desperacką potrzebę poczucia ciepła czyjejś ręki na moim policzku. Znalazłem nawet odpowiednie palce, zaciskające się na ramieniu zamyślonego blondyna po prawej. Niestety nasze czasoprzestrzenie się rozminęły w momencie, w którym wymieniałem Jacka Johnsona na Jude’a.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.