If we never get down it wouldn’t be a let down

Wysyłam smsy w próżnię. Tak, chyba mogę nazwać się natrętem  w tym wypadku. Ale tak już jest, kiedy chcę wykorzystać daną mi szansę. A jako, że jestem raczej ugodowym geek’iem, to o szansy nie walczę, raczej je od losu wytargowuję oddając w zamian różne cenne książki, zapominając komu je pożyczyłem. Gdzieś wsiąkły “Pocałunki na Manhattanie” (nie mogę przetrwać miesiąca jeśli nie przeczytam “Talking it all to Otis”) i Stasiuka, którego odkryłem na długo przed kapitułą Nike. Na szczęście mogę o nich na chwilę zapomnieć, gdyż wyszperałem z osiedlowej biblioteki Viriginię Woolf (pani bibliotekarka dziwnie się na mnie spojrzała, chociaż mogłem to sobie przywidzieć tylko). A i napiszę tutaj, bo inaczej zapomnę, że musze pojechać do wypożyczalni na Bytnara, bo z chęcią bym przeczytał Dorothy Parker w oryginale, ewentualnie pamiętniki Churchila.

Niestety nie mogę zapisać przypomnienia w komórce, bo to w przypadku mojej osoby głębszego sensu nie ma. Operuję telefonem z wyłączonym głosem i potem okazuje się, że szukam go cały dzień i nawet nie mogę go zlokalizować dzwoniąc z innego aparatu.  To po co mi telefon? Zapisuję w nim śmiesznostki, które później (być może) wykorzystam w mojej książce. Chcecie przykład? Oto on: “Siostra Glad i starszy pali z Kościoła Jezusa Chrsytusa”. Jechali ze mną metrem w tym samym wagonie. Kimkolwiek ten starszy pali jest, nie miał na pewno więcej niz 25 lat.

Dodaj komentarz