Nigdy nie należałem do tych, którzy oglądają się za każdym zgrabnym tyłkiem w polu widzenia (rażenia). Mam kilka innych, ważniejszych na głowie spraw niż ślinienie się na widok przystojnego chłopaka. Ale wczoraj było inaczej, kiedy spojrzałem znad “Księgi Listów PRL” okazało się, że na przeciko mnie usiadła słowiańska wersja Toma Wellinga. Tylko bardziej idealna.
Miał zamyślony wyraz twarzy i silne dłonie wyglądające z rękawów skrzącego się rozpuszczonym śniegiem płaszcza. Rodem z jakiegoś tandetnego amerykańskiego daily soap. Eh… Niestety życie to nie “Klan”.